Recenzja 1#: Maskarada

Każda drużyna graczy ma kogoś takiego: przygnębionego faceta (lub kobietę), który tłumaczy reszcie towarzystwa zasady. Oczywiście, nikt nie lubi tego zajęcia, bo czuje się jak nauczyciel próbujący zapanować nad grupą wyjątkowo nieskoncentrowanych dzieci. Co uprzejmiejsi znajomi utrzymują chociaż kontakt wzrokowy, ale reszta zasypia mniej więcej po usłyszeniu o „kolejności akcji w turze”. Jest to zresztą etap, który skutecznie zniechęca do planszówkowego nałogu osoby postronne, które są świadkami takiej sceny. I, jak na złość, zazwyczaj ja jestem osobą tłumaczącą, dlatego znam ten problem dość dobrze. Słowem: musicie przynudzać, bo bez tego nie zagracie. A  nikomu nie chce się samemu czytać instrukcji, więc próbujecie ją w miarę zrozumiale streścić.

Na szczęście istnieje kilka gier, do których zasady są tak proste, że można przedstawić je w kilka minut. „Maskarada” wysuwa się tutaj na prowadzenie, jest bowiem takim chwalebnym wyjątkiem i pozwoli Wam zaoszczędzić sporo czasu. Ale czy pod karnawałową maską skrywa się prawdziwa piękność czy może podstępny potwór? O tym przekonamy się już za chwilę.

Zawartość pudełka

 

image

 

 

Na pierwszy rzut oka „Maskarada” to doskonała towarzyszka imprez. Kiedy bowiem uda nam się podejrzeć, co znajduje się za zasłoną, ujrzymy 13 przecudownie zilustrowanych kart, solidną paczkę żetonów monet, nieustępujący im wykonaniem znacznik sądu, trzy instrukcje w różnych językach i ściągawki z podpowiedziami dla graczy (tak, nawet jak przespali tłumaczenie zasad, mogą sobie wszystko elegancko przeczytać).

Trudno w tym miejscu w „Maskaradzie” się nie zakochać, ale co rozważniejsi (i cyniczni) nie ulegają łatwo czarowi nieznajomych. Niejeden nieostrożny został bowiem wyprowadzony w pole przez piękność z dobrym makijażem, a rankiem odkrywał smutną prawdę. Czym prędzej zasiadłam zatem do pierwszej rozgrywki, ciekawa jak długo uda się twórcom utrzymać dobre wrażenie. Nieraz widziałam, niestety, planszówki, które stroną wizualną nadrabiały mechaniczne braki. Zdarzały się i takie, które poza byciem małym dziełem sztuki nie miały do zaoferowania nic poza tym.

Setup – czyli „czy mój stół to pomieści?”

Zacznijmy od tego, że zanim jeszcze otworzycie wieczko „Maskarady”, możecie nacieszyć oko bardzo praktycznym i małym pudełkiem, które łatwo wcisnąć do plecaka i zabrać za sobą na wycieczkę. „Maskarada” zapunktowała u mnie jako gra przenośna, którą bez problemu da się rozłożyć nawet w restauracji, gdy macie akurat pięć minut przerwy, czekając na kawę. Sam setup jest przy tym bardzo szybki i intuicyjny. Żadnego podglądania w instrukcji: po karcie przed każdym z graczy, sąd i monety na środek, do tego jeszcze dwie losowe karty postaci do zamiany… i już. Jesteście gotowi. Na pakowanie całości poświęcicie góra minutę.

No dobrze, napisałam, że rozłożenie gry odbywa się bez pooglądania instrukcji, ale to nie do końca tak. W sensie: może, a nie musi być prawdą, czyli jak to powiedział Obi-Wan Kenobi do Luke’a Skywalkera: „So what I told you was true, from a certain point of view.”. Rodzaj kart występujących w grze jest bowiem uzależniony od ilości graczy, chociaż w zestawieniu zawsze musi pojawić się Sędzia. Początkowo będziecie zatem sprawdzać, jakie karty są potrzebne do konkretnej partii, chociaż później gra umożliwia budowanie własnych kombinacji ról. Jeśli tylko przestrzegacie kilku podstawowych zasad, np. przynajmniej 1/3 z postaci ma umiejętność wprowadzania do gry pieniędzy pochodzących z banku, wieśniacy zawsze występują w parze, a symbol 8+ oznacza postaci dostępne tylko dla minimum 8 graczy – możecie zamieszać z kartami i nie przywiązywać takiej uwagi do tabeli. Prawda, że proste? Oczywiście, przecież nikt nie sprzeczałby się z mądrością mistrzów Jedi.

Rozgrywka

 

image

 

„Maskarada” to gra blefu od 2 do 13 graczy, w której każdy z uczestników będzie wcielał się w jedną z losowych ról rodem z weneckiego karnawału. A przynajmniej takie jest założenie. Jeśli bowiem chodzi o klimat, jest on mało odczuwalny i raczej niewiele osób w ogóle o tej otoczce pamięta. (Kto zaprosił na imprezę do pary królewskiej Wieśniaków, czy Żebraka, do dziś nie wiem… Chyba że to jakiś bal charytatywny, ale wtedy, dziwnym trafem, każdy próbuje zabrać kasę dla siebie).

Warunkiem zwycięstwa jest zdobycie 13 monet, a drogą do tego – umiejętne wykorzystanie zdolności naszej karty/postaci (np. Biskup zabiera 2 monety od aktualnie najbogatszego przeciwnika, Oszust wygrywa już przy 10 monetach, a Szpieg podgląda karty innych osób, itd. Co ciekawe Wieśniacy zdobywają dużą kasę tylko, jeśli ujawnią się w parze, czyli prawdopodobnie napadają zbiorowo pozostałych i okradają z kosztowności. Pewnie im też nikt nie przekazał, że ta impreza ma na celu wsparcie klasy uciśnionej i wystarczy, że trochę poczekają).

Jak wspominałam we wstępie, mechanika gry jest bardzo prosta i możemy w swojej rundzie wykonać tylko jedyną z trzech akcji:

a) podejrzeć aktualnie posiadaną kartę (gdyż leżą przed nami rewersem);

b) dokonać potencjalnej zamiany kart – np. z innym graczem (pod stołem);

c) ogłosić tożsamość swojej postaci (prawdziwą lub nie).

Nie bez znaczenie okaże się również… aktorskie zacięcie. O ile początek „Maskarady” jest dość spokojny, o tyle wraz z upływem czasu zaczyna się prawdziwa zabawa. Nawet jeśli nie pamiętamy, czy byliśmy w tej turze Królem czy Sędzią (gdyż role wciąż są zamieniane), to zawsze możemy skłamać i podać się za kogokolwiek bądź, a tak długo, póki nasz blef nie zostanie przejrzany, czerpiemy z nieposiadanej karty korzyści. Brzmi zbyt losowo? Nic bardziej mylnego! Sercem gry jest bowiem umiejętne podbieranie współgraczom kart i wystawianie przeciwników w pole. Jest tam zatem dużo interakcji, śmiechu i niedowierzania, gdy zbytnio polegamy na swojej nienajlepszej pamięci i już dawno straciliśmy orientację, jaką karę właściwie teraz posiadamy… (Co ma miejsce w 9 na 10 przypadków).

Podsumowanie

„Maskarada” posiada kilka drobnych wad, o których warto wiedzieć, jeśli zastanawiacie się nad zakupem. Przede wszystkim jest nią błąd w podanej liczbie graczy. Aby zabawa w ogóle miała jakikolwiek sens, wbrew informacji na pudełku, musimy zebrać przynajmniej 4 osoby (inaczej jest zwyczajnie nudno). To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, są ludzie, którym tryb 3- i 2- osobowy sprawia dużo frajdy (są tacy, którym i kilkugodzinna partia „Monopoly” ją dostarcza), ale ja się do nich zdecydowanie nie zaliczam.

Z kolei w przypadku większej ilości osób (a już zwłaszcza 13!) mogą rozczarować nas długie postoje w oczekiwaniu na swoją rundę. Wreszcie, paradoksalnie, kłopoty z rozegraniem partii może sprawiać brak odpowiedniego… stołu. Wiele akcji dzieje się bowiem w ukryciu i jeśli nie mamy możliwości swobodnego blefowania przy tasowaniu (np. wszystko widać przez szklany blat) – to raczej sobie w „Maskaradę” nie pogramy.

Wyjąwszy jednak powyższe mankamenty, to doskonała pozycja imprezowa, a po każdej rozegranej partii towarzystwo ma ochotę spróbować jeszcze raz. „Masakradę” bardzo często wrzucam do plecaka i chyba żaden tytuł nie podróżuje ze mną równie często. Lekka, zabawna i krótka. Gorąco zatem zachęcam do przetestowania. (Jak i wymyślania kolejnych historyjek, jakim cudem Wieśniacy wkręcili się na królewską imprezę… Najoryginalniejsze powinny być dodatkowo punktowane).

Plusy:

+ Doskonała oprawa graficzna;

+ Proste zasady, setup i szybki czas rozgrywki;

+ Zajmuje mało miejsca.

Minusy:

– Dowiadujesz się, że masz postępującą sklerozę;

– Słaby wariant 2- i 3- osobowy.

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

2 Trackbacks / Pingbacks

  1. …imprezowiczów! – czyli dla 6+ i więcej graczy! – I play with green!
  2. Recenzja 1a#: Maskarada Expansion – I play with green!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*