Recenzja 3#: Dixit

Dzisiaj chciałam napisać o grze, do kupna której sama zostałam zachęcona przez portale planszówkowe. Od czasu do czasu oglądam sobie bowiem różne recenzje, a los chciał, że natrafiłam akurat na odcinek „Table Top” Willa Weathona, który prezentował bardzo oryginalną, imprezową, a przede wszystkim piękną grę z króliczkami zamiast pionków.

Jak łatwo odgadnąć chodzi o „Dixit” – fenomenalnie zilustrowaną karciankę autorstwa Jean-Louisa Roubira. Czy jednak padłam ofiarą sprytnie wyreżyserowanej reklamy? Czy w ramach zemsty zamierzam namawiać innych graczy do popełnienia tegoż samego błędu i nabycia gry, której absolutnie nie warto mieć w swojej kolekcji? Czy nadszedł moment, w którym blog służy mi do odreagowania pozakupowych traum? Przekonacie się już za chwilę, tym niemniej serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji.

Zawartość pudełka

 

 

Gry planszowe mają to do siebie, że jak wskazuje nazwa, ich kwintesencją jest obecność jakiejś mapy, maty, kafelków czy też planszy właśnie, wokół której toczy się sama rozgrywka. Twórcy „Dixita” uznali jednak, że po co korzystać z tego oklepanego rozwiązania? Dlaczego by nie użyć w tym celu tradycyjnego, sporego pudełka? – które zwykle zalega zresztą w szafie i służy jedynie do ochrony żetonów. A gdyby tak zamiast pojemnikiem stało się też elementem gry?

Właśnie dlatego w przypadku „Dixita” jest ono zarazem torem punktowym dla 6 kolorowych pionków-króliczków, jak i miejscem do przechowywania pokaźnych rozmiarów kart (w liczbie 84 – z cudownymi rysunkami Marie Cardouat). A chociaż takie rozwiązanie wydało mi się początkowo bardzo oryginalne, szybko przekonałam się, że króliczki, niczym upite radością, nie są w stanie ustać na szczycie pudełka i przewalają się na boki. W efekcie, już po pierwszym naliczaniu punktów, wszystkie kicały… na leżąco. Bo tylko w ten sposób udało się im pozostać na miejscu i nie wpadać do środka. (A nie było to łatwe, gdyż wewnątrz jest dziura na karty, więc w efekcie króliczki często lądowały w samych trzewiach Góry Przeznaczenia…).

Poza kartami, w skład Dixita wchodzą jeszcze instrukcja (w kilku językach) i żetony z numerkami do głosowania dla graczy (od 1 do 6). Znaczy się, że to już wszystko? Dokładnie tak. Nie bądźcie jednak nieprzyjemnie zaskoczeni, gdyż ta gra naprawdę niczego więcej nie potrzebuje. Poza wyobraźnią, rzecz jasna, oraz kreatywnym i przytomnym umysłem.

Wszystkie elementy upakowano w specjalnie przygotowanej wyprasce. Nie będą wymagały dodatkowego pakowania, ani obijały się w środku przy transporcie. Jedynie karty, ze względu na to, że często i gęsto będziemy ich używać, polecam czym prędzej umieścić w koszulkach, bo mają tendencje do brudzenia się i nadrywania. Nie są też zbyt poręczne, ze względu na swoją wielkość, a to raczej nie rzutuje dobrze na ich długowieczności.

Setup – czyli „czy mój stół to pomieści?”

„Dixit” to wieloosobowa gra imprezowa, której rozłożenie może zająć AŻ 3 minuty i to pod warunkiem, że będziecie się ociągać albo macie problemy z wyjęciem pionków z woreczków strunowych. Każdy z graczy dostaje do ręki 5 kart i żetony do głosowania (uzależnione od ilości graczy). Pozostałe karty tworzą talie do dobierania. Podczas rozgrywki będziemy wykładać je na stół, potrzebujemy zatem dosłownie trochę przestrzeni na pomieszczenie tych kilku kart. W „Dixita” spokojnie możecie zagrać w kawiarni, zabrać w podróż czy gdziekolwiek bądź, gdzie uda Wam się wygospodarować kawałek miejsca.

Rozgrywka

Zasady tej gry są dziecinnie proste, ale też w tym całym jej urok, że możemy przy niej spędzać czas również z najmłodszymi. Podczas każdej z rund któryś z graczy wciela się w „narratora”. To jemu przypada rola wybrania jednej ze swoich sześciu kart w talii i (bez pokazywania współgraczom) wyłożenie jej na stół, wypowiadając jednocześnie jakieś hasło, komentarz, skojarzenie. Można zaśpiewać. Można coś zacytować albo rzucić ogólnikowy opis. Chodzi o to, by nasza intencja nie była ani zbyt trudna, ani zbyt łatwa do odgadnięcia. Dlaczego? Ponieważ celem gry jest zbudowanie skojarzeń w taki sposób, byśmy my byli w stanie przewidzieć sposób myślenia przeciwników, ale niekoniecznie oni nasz własny. Zaraz po wyłożeniu karty oraz wypowiedzeniu hasła, przeciwnicy będą bowiem musieli z własnych talii wybrać po jednej karcie, która przywodzi im na myśl podane przez nas słowo.

Powiedzmy zatem, że na karcie widnieje Król, Narrator wybierając tą kartę  wypowiada hasło: „Ród Starków” (odwołując się do serialu bądź powieści G. R.R. Martina). Następnie reszta graczy dokłada własne karty, które przywodzą im na myśl słowa „Ród Starków”, np. kartę z drzewem, kobietą idącą przez śnieg, itd. Tym sposobem wszyscy w tajemnicy dokładają się do tali. Następnie Narrator tasuje karty i rozkłada je przed sobą w kolejności od lewej do prawej. Celem przeciwników jest odgadnięcie, która ze wszystkich widocznych kart należała pierwotnie do Narratora, a typuje się ją w sekrecie przy pomocy żetonów z numerami od 1 do 6.

Wyniki zaś nalicza się następująco:

– W przypadku gdyby hasło było zbyt proste – i wszyscy poprawnie wytypowali kartę Narratora – dostają oni po jednym punkcie, ten zaś musi obejść się smakiem i zmarnował swoją rundę.

– Jeśli przynajmniej jedna osoba i więcej odgadły poprawnie, lecz były też złe trafienia – nagrodzony zostaje Narrator oraz oczywiście osoby, które jego kartę wytypowały. Taka sytuacja jest w grze najbardziej pożądana, pozwala bowiem zapunktować Narratorowi i wąskiej liczbie graczy.

– Jeśli nikt nie odgadł – znaczy, że Narrator przesadził z trudnością hasła (np. w ogóle nie kojarzy się ono z kartą) na skutek czego punktują tylko jego przeciwnicy.

Każda runda wygląda identycznie. Zmienia się tylko Narrator. Gracze grają tak długo, póki jeden z króliczków nie dobiegnie do mety lub skaczą się nam karty do dobierania.

Ostrzeżenie!

„Dixit” to bardzo kolorowa, przepięknie zilustrowana (karty naprawdę pobudzają wyobraźnie! Są przy tym bardzo surrealistyczne) gra imprezowa, która nie pozostaje jednak bez wad. Bo chociaż zasady do niej tłumaczy się błyskawicznie i genialnie planszówka sprawdzi się w gronie rodzinnym (nie zawiera bowiem żadnych brutalnych treści, jest łatwa do opanowania jak budowa cepa i nie trzeba niczego czytać) to jednak wymaga od graczy pewnej dozy uczciwości. Przede wszystkim bardzo łatwo w niej oszukiwać, gdy w grupie graczy trafią się osoby bliżej ze sobą związane (np. małżeństwo), a pozostali są tylko znajomymi, nie mają więc dostępu do „tajemnego języka” danej pary. Każdy ma przecież jakieś swoje powiedzonka w rodzinie albo historyjki, które skojarzą tylko konkretne osoby. W takim momencie „Dixit” kompletnie się wykłada, a kontynuowanie gry traci jakikolwiek sens. Paradoksalnie, nie bez znaczenia pozostaje też… poziom inteligencji współgraczy. Jeśli hasła będą odwoływały się do wiedzy ogólnej, znajomości filmów, muzyków czy konkretnych dziedzin nauki, może się okazać, że nasi współgracze nie mają o nich pojęcia. Należy zatem bardzo pilnować, aby nie przesadzić w żadną stronę.

Wreszcie problem ostatni, czyli dość mała liczba kart. Na początku może się wydawać, że 84 obrazków starczy na wiele godzin gry, ale partia „Dixita” trwa naprawdę krótko, a że spędza się przy nim czas tak przyjemnie, zawsze ktoś chce spróbować jeszcze raz. Szybko więc zaczynają powtarzać się obrazki… a co za tym idzie skojarzenia. Bez dodatków, jedynie z podstawką, „Dixitowi” warto dać czas „odsapnąć”, byśmy oczyścili umysł z poprzednich „haseł” i mogli swobodnie zagrać weń przy innej okazji.

Podsumowanie

Nie ma co ukrywać, że „Dixit” to jedna z moich ulubionych gier imprezowych i absolutnie nie mam pretensji do Willa Weathona, że zakupiłam swój egzemplarz pod wpływem prezentacji w „Table Top”. Przede wszystkim uwielbiam ładnie wydane gry, do których zatrudniono prawdziwych artystów (nie zaś ludzi z „twórczymi ambicjami”), z oryginalną mechaniką i które naprawdę sprawdzają się w większym gronie (bo różne rekomendacje widnieją na pudełkach, a potem rzeczywistość brutalnie je weryfikuję). Nawet w sześć osób partie „Dixita” nie tracą nic z dynamiki. Jest to więc mała uczta dla oczu i wybaczam grze nawet te nieszczęsne przewracające się króliczki oraz niewielkie ryzyko oszukiwania, przed którym nie chroni mechanika.

Zdecydowanie polecam dać porwać się w kolorowy, pełen baśniowych motywów świat wyobraźni „Dixita”. Zwłaszcza jeśli brakuje Wam tytułów, którymi można zarażać planszówkowym hobby albo spędzić nieco czasu na granie w gronie rodzinnym.

Plusy:

+ Baśniowa oprawa wizualna;

+ Proste, przejrzyste zasady i dynamiczna rozgrywka;

+ „Ja chcę jeszcze raz!”;

+ Pionki w kształcie królików skaczą po pudełku zamiast po planszy…

Minusy:

– …ale nie potrafią na niej ustać;

– Mechanika łatwa do sabotowania przez nieuczciwych graczy;

– Wymaga ciągłego kupowania dodatków.

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

1 Trackback / Pingback

  1. …imprezowiczów! – czyli dla 6+ i więcej graczy! – I play with green!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*