Recenzja 4#: Blood Bowl: Menadżer Drużyn

Macie czasami tak, że już nie możecie patrzeć na te ugrzecznione gry kooperacyjne? Że męczy was zbieranie drewienek i kamyczków w eurograch? Te ciągłe układanie kolorowych pasjansów, przesuwanie figurkami po kolejnym labiryncie pełnym potworów i liczenie opłacalności skupu surowców w danej turze… Bleeeh! A może zastanawiacie się czasem: czy istnieje gdzieś tam – w wielkim świecie – gra, w której zdrada, podstępność i łamanie zasad fair play nie są czymś niezwykłym, ale stanowią podstawę mechaniki?

Jeśli przynajmniej na jedno z pytań odpowiedzieliście tak – to mam dla Was dobrą wiadomość! Zmiećcie ze stołu te wszystkie nudne planszówki, na które nie da się już patrzeć. Prawdziwą grę czas zacząć! Panie i Panowie, otwieramy następny sezon najbrutalniejszego, najbardziej szalonego i nieprzewidywalnego sportu, jaki opanował Stary Świat! Załóżcie szaliki fanowskie i bierzcie chorągiewki w dłoń. Oto oficjalnie rozpoczynamy mistrzostwa pucharowe w Blood Boooowl!

(Wiwat tłumu)

Zawartość pudełka

*Ekhem* …A teraz trochę spokojniej: „Blood Bowl: Menadżer Drużyn” to nietypowa gra fantasy imitująca rozgrywki amerykańskiego futbolu przeznaczona dla 4 graczy. Fantasy Flight Games nauczyło mnie, że z każdym kolejnym tytułem muszę martwić się czy pomieszczę ich nową planszówkę w szafie. Lubią bowiem ogromne, ciężkie pudełka. Tym razem jednak mamy do czynienia z małym formatem, ale skrywana wewnątrz zawartość nie prezentuje się bynajmniej ubogo. Ponieważ „Blood Bowl: Menadżer Drużyn” jest przede wszystkim grą karcianą w skład zestawu wchodzą: 226 kart zawodników, magazynów i rozwinięć, 55 znaczników wszelakich (w tym piłek i oszustwa), 2 kości ataku, instrukcja oraz wspominane wcześniej 4 Tablice Wyników (sumujące kibiców).

Strony konfliktu podzielone zostały na dwie dywizje: Federacje Starego Świata (ang. Old World Association – czyli OWA) oraz Konfederację Pustkowi Chaosu (ang. Chaos Wastes Cofederation – czyli CWC). Pozwala to wybierać nam drużyny reprezentujące: ludzi, krasnoludy, leśne elfy, skavenów, orków oraz stwory chaosu. Czyli razem 6 drużyn, po 3 na każdą dywizję. Dodatkowo każda z nich ma własne, indywidualne rozwinięcia rasowe i może rekrutować Sławy z tylko jednej talii (OWA lub CWC).

Nie ukrywam, że bardzo spodobała mi się szata graficzna kart, bo chociaż ilustracje mogłyby być ciut ładniejsze, to wszystko jest bardzo praktycznie wymyślone i pozostaje czytelne, nawet gdy boisko opanuje kompletny chaos (i nie mam tu na myśli strony konfliktu!). Najwięcej radości wywołują z kolei znaczniki tj. małe czaszunie symbolizujące oszustwa, a mogące skoczyć się dla nas czerwoną kartką albo, wręcz przeciwnie, zapewnić drużynie zwycięstwo.

Setup – czyli „czy mój stół to pomieści?”

„Blood Bowl: Menadżer Drużyn” to typowy średniak do rozkładania, bo chociaż kart jest sporo to większość trzymamy w dłoni i “strefa gracza” nie zajmuje 50% stołu, jak to ma miejsce w przypadku konkurencyjnych tytułów. Małe pudełko bez problemu zabierzemy w podróż. „Blood Bowl: Menadżer Drużyn” spokojnie pomieści się również na węższych stołach… ale już samo rozłożenie zajmie nam trochę czasu. Oczywiście setup można – a nawet powinno się – skrócić, dzięki wykonaniu pudełek na karty, jeśli jednak takowymi nie dysponujecie, liczcie się z przynajmniej 10 minutami sprawdzania instrukcji i szukania czy tych Kart Turniejów to miało być trzy czy cztery na wstępie, a Kart Nagłówka to potrzeba dwóch czy więcej? Eh…

Rozgrywka

Ale, ale! Wbrew przydługim przygotowaniom, „Blood Bowl: Menadżer Drużyn” to gra bardzo dynamiczna, nastawiona przede wszystkim na negatywną interakcję. Z tego względu najlepiej sprawdza się przy czterech graczach, ponieważ unikniemy sytuacji, gdy dwóch się biję, a trzeci spokojnie sobie punktuje, kiedy inni nie patrzą. Dostępnych meczy jest przy tym stosunkowo mało, więc właściwie każdy walczy z każdym. Nie musimy zatem obawiać się sztucznego umawiania się dwójki osób i współpracy przeciwko pozostałym – czyli powszechnej choroby wśród graczy w związku. (Każdy chyba tego kiedyś doświadczył, nie?).

(Uwaga: Mata nie stanowi elementu podstawowej gry – to tylko mój pomysł, aby ułatwić graczom rozpoznawanie, gdzie dostawiać zawodników do meczów).

Z kolei celem indywidualnym każdego Menadżera jest takie kierowanie drużyną, by posiadała jak najsilniejszych i najlepiej przygotowanych zawodników. Osiąga się to poprzez zatrudnianie Sław i rozwijanie specjalnych umiejętności. Po zakończeniu sezonu zwycięzcą zostanie Menadżer z największą liczbą kibiców, których zdobywać można na różne sposoby (w tym krętactwem lub uczciwą pracą) w czasie całego trwania gry. Tak, dobrze przeczytaliście. W „Blood Bowl: Menadżer Drużyn” nie chodzi bowiem o to, aby być wybitnym sportowcem. Liczy się jedynie popularność. Zapominając o tym, można odnieść zwycięstwa w wielu meczach, ale jednocześnie osiągnąć najniższą punktację z samej grze. A tego, czego nie są w stanie osiągnąć zawodnicy, mogą zagwarantować nam specjaliści od PR. Uważnie zatem kupujcie rozwinięcia kart!

Przejdźmy może teraz do samej mechaniki. Runda w „Blood Bowl: Menadżer Drużyn” składa się z trzech postępujących po sobie faz:

1) Utrzymania – czyli przygotowania kart na ręce, odświeżenia użytych umiejętności i uzupełnienia puli znaczników oszustwa. (Taki etap obowiązkowy w większości gier karcianych).

2) Rozgrywki – czyli przypisywania zawodników do konkretnego meczu w kolejności zgodnej ze wskazówkami zegara, aż do momentu spasowania lub braku kart na ręce. Na tym etapie rozpatruje się także ewentualne walki… o przepraszam, wyłącznie sportowe zagrania! Słowem: każdemu z graczy zależy na zdobyciu piłki, ale także takim dokładaniu kart do stosu, by końcowa „siła”  zawodników (widoczna w lewym górnym rogu w gwiazdce) gwarantowała zwycięstwo.

3) Faza Sprawdzania Wyniku – jak wskazuje nazwa, służy do podliczenia punktów, odebrania nagród i zakupu nowych rozwinięć drużyny.

Wydaje się proste? Może, ale czasu mamy niewiele. Od finałowego Turnieju o Puchar Blood Bowla dzielą nas tylko cztery rundy. Musimy zatem sprawnie pozbywać się kart na ręce, jak również dokonywać uzupełnień w talii. Kolejnym utrudnieniem będą na dodatek zdolności specjalne wrogich zawodników: niektórzy stosują „podanie” – przekazując sobie umiejętnie piłkę dalej, inni „sprintem” wymieniają kart w talii, są tacy co „atakiem” mogą sfaulować pozostałych sportowców, a nawet „oszustwem” wprowadzić do gry nieprzewidziany efekt losowy.

Wszystkie wyniki „walki” (znowu to napisałam?) rozpatruje się przy pomocą rzutu 1 lub 2 kośćmi. A o ich ilości decyduje sława atakującego i broniącego się zawodnika. Następnie symbole „wybuchu”, „X” lub puste pole porównuje się ze sobą, by określić zwycięstwo jednej ze stron. Może się bowiem zdarzyć, że atakujący zaplącze się o własne nogi i zamiast zaatakować… wyeliminuje sam siebie.

Wreszcie kontrolowanie, czy też posiadanie, przez konkretną drużynę piłki gwarantuje jej zwycięstwo w przypadku remisów, a czasami zapewnia dodatkową ilość kibiców. Warto więc trochę pokombinować i nie dać sobie jej odebrać zbyt łatwo. Czasami pomaga silny krasnoludzki chwyt. Albo przydepnięcie zawodnika trollem. Albo przewalenie go pod naporem armii wściekłych skavenów… Rozwiązania są różne. A wszystkie metody dozwolone.

Pomimo dość chaotycznej instrukcji, zasady „Blood Bowl: Menadżer Drużyn” są zatem bardzo intuicyjne, a dla tych, którzy mają jeszcze wątpliwości, twórcy przygotowali świetny filmowy samouczek, który szybko pozwala ogarnąć podstawy. (Niestety, tylko w wersji angielskiej.)

Podsumowanie

Więc co właściwie myślę o tej karciance? Zacznijmy od tego, że nie jestem fanem żadnej dziedziny sportowej. Mimo to „Blood Bowl: Menadżer Drużyn” zwyczajnie przypadł mi do gustu. Trudno nie roześmiać się przy opisach sportowych komentatorów na kartach, nie wczuć w role menadżera za sprawą stadionowej otoczki, licznika kibiców oraz szybującej piłki, które doskonale oddają klimat meczu. Cóż, przyznaję bez wahania, że więcej emocji przysporzyła mi dowolna rozgrywka „Blood Bowla” niż niejedna przypadkowo oglądana Olimpiada w TV. „Blood Bowl: Menadżer Drużyn” może jednak zrazić do siebie graczy bardzo odczuwaną losowością. W zasadzie kilka nieudanych rzutów  potrafi rozwalić każdy wynik, nawet jeśli bardzo starannie budowaliśmy naszą talie. I jak to w przypadku Fantasy Flight Games często bywa, zasady nie wyjaśniają wszystkich kwestii spornych. Dla niektórych powyższe czynniki mogą okazać się wadami nie do zaakceptowania. Tymczasem ja do „Blood Bowla: Menadżer Drużyn” zawsze wracam z uśmiechem na twarzy. Fajnie bowiem pokopać sobie od czasu do czasu te wychudzone elfy i zapijaczone krasnoludy…

Plusy:

+ Dobrze oddaje sportowy klimat;

+ Zabawne opisy komentatorów;

+ Wyraźnie odczuwalne różnice w graniu każdą z drużyn.

Minusy:

– Irytująca miejscami losowość;

– Sprawdza się przy 2 i 4 graczach, ale balans kuleje przy 3.

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*