Recenzja aplikacji 6#: Blood Bowl 2

Z każdym dniem jesteśmy coraz bliżej wiosny – czyli właściwie nowego sezonu! Coraz mniej śniegu, coraz dłuższy dzień i co najważniejsze, coraz więcej sił na granie po zimowym otępieniu. A skoro tak, czas znowu wrócić do sportowej tematyki. Ale, ale! Nie chodzi mi bynajmniej o gry plenerowe. Jako typowe sportowe beztalencie (pozdrowienia serdeczne dla ekipy z zoltara! – wciąż leczę rany wojenne, które sama sobie przypadkowo zadałam), ponownie siadam do Blood Bowla, chociaż tym razem – ha! – w wersji aplikacji.

“Blood Bowl 2 to zderzenie Warhammera i futbolu amerykańskiego, łączące strategię czasu rzeczywistego, humor i przemoc” – czyli cytuję podsumowanie Wydawcy, tak “na rozgrzewkę”. Skoro zaś rozruszaliśmy gnaty, można przejść do meczu ligowiego i sprawdzić jak właściwie gra komputerowa ma się do planszówkowego odpowiednika i czy wychodzi w tym starciu obronną ręką.

Runda 1 – Zawartość

Podstawowa wersja gry Blood Bowl: Menadżer Drużyn pozwalała nam na rozgrywkę 6 drużynami, podzielonymi na 2 dywizję. W sumie mieliśmy do wyboru: ludzi, krasnoludy, leśne elfy, skavenów, orków oraz stwory chaosu. Tutaj zestawienie wygląda bardzo podobnie z drobną różnicą: leśne elfy zastąpiły mroczne i wysokie, a poza ludźmi z Imperium mamy jeszcze Bretonnię. Czyli dokładnie 8 składów na start. Jeśli zatem chodzi o różnorodność dostępnych drużyn jest w czym wybierać i Blood Bowl w formie aplikacji pokonuje swojego karcianego odpowiednika.

Blood Bowl: Menadżer Drużyn vs Blood Bowl 2 – wynik: 0:1

 Oczywiście, możemy jeszcze pokusić się o DLC, dostępne z zakładki sklepu. Tam czekają już na nas wspomniane wcześniej leśne elfy i jaszczuroludzie – jeśli komuś wymienione wcześniej drużyny nie wystarczą albo zwyczajnie kocha elfy i “chce mieć je wszystkie!” (jak pokemony).

W każdym składzie znajduję się od 3 do 6 typów jednostek początkowych, np. ludzie mają miotaczy, łapaczy, liniowych, czy ogra już na starcie. Z czasem zaś mogą rozbudowywać swoją drużynę o kolejne sławy lub awansować aktualne jednostki na wyższy poziom za zdobyte w trakcie meczu PDeki (za nokauty, przyłożenia, podania itd.). Zarządzanie wygląda zupełnie jak w wersji tradycyjnej… z poważną różnicą.

Specyficzne karty rozwinięć drużyny zastępują nam uniwersalne dla wszystkich, kupowane umiejętności pod konkretną postać. Mamy również kilka rozwinięć personelu, jak możliwość zatrudnienia medyka, asystentów trenera czy kart przerzutów kości, ale nie budują one w żaden sposób indywidualnego klimatu, jaki odczuwało się w grze planszowej. Ich miejsce zastępują statystyki i dzięki temu elfy są zręczniejsze i łatwiej wykonują podania, kiedy orkowie mają lepsze pancerze, więc bardziej nadają się do walki. Niby od razu zauważymy, że każdym gra się inaczej, ale brakuje trochę tych specyficznych nazw na kartach. No i czemu wszyscy mają dokładnie takie same, ludzkie cheerleaderki w niebieskim wdzianku?!

Blood Bowl: Menadżer Drużyn vs Blood Bowl 2 – wynik: 1:1

Runda 2 – Setup

Blood Bowl oferuję zabawę w kilku trybach, z czego najważniejszy i najciekawszy jest w zasadzie jedynie multiplayer. Oczywiście, możemy przejść kampanie podstawową, gdzie poznamy lepiej zasady gry (pierwsze 5 misji to w zasadzie samouczek) oraz postaci zabawnych komentatorów sportowych – ogra Boba i wampira Jima, ale mnie dość szybko zniechęcił przymus ciągłego sterowania ludźmi. Fabularnie opiekujemy się bowiem drużyną porzuconych, niedocenionych nieboraków, którym pomagamy odbić się od dna. Ile czasu można jednak patrzeć wciąż i wciąż na ich strudzone mordki? Zwłaszcza, że ekipa ludzi, jako jedyna, nie ma żadnych mocnych, ani słabych stron = 0 charakteru.

W wersji solo możemy stoczyć dowolny mecz z komputerowym przeciwnikiem. Czyli wszystko dokładnie na tych samych zasadach jak w kampanii – chociaż tutaj tworzymy sobie i wybieramy drużynę, kupując zawodników za wirtualne pieniądze (spokojnie! nie musimy sięgać do portfela po kartę kredytową! Mamy je na starcie z przydziału).

Możemy także stoczyć przyjacielski mecz w sieci lokalnej albo z zaproszonym znajomym. Warto jednak zaznaczyć, że w trakcie każdego, nawet niewinnego manewru (jak bieg przez trawkę), nasza zawodnik potrafi upaść i skręcić sobie kark…. tak, nooo…. nieodwracalnie. Dodatkowo, z czasem, znużeni walką (i życiem) zawodnicy odchodzą na przeważnie niezasłużoną emeryturę. Istotny jest zatem w Blood Bowlu pewien dynamizm w zarządzaniu ekipą… którego w żadnych z tych trybów nie uświadczycie, bo gra najzwyczajniej nie zapisuje w takim wypadku zmian. Przyjacielskie potyczki dobre są więc jedynie do treningu, ale brakuje im klimatu rozgrywek ligowych.

Wreszcie – tryb multiplayer – to prawdziwa walka o przetrwanie i kwintesencja Blood Bowla. To tutaj zapisujemy się do ligi (stworzonej przez twórców albo zrobionej przez nas) i toczymy wesołe pojedynki z innymi graczami, które mogą skończyć się śmiercią naszej wypieszczonej i wypielęgnowanej drużyny. A jak pójdzie nam bardzo dobrze, to może i nawet dostaniemy zaproszenie na specjalne, zamknięte zawody, za które twórcy oferują faktyczne nagrody finansowe?

Blood Bowl: Menadżer Drużyn vs Blood Bowl 2 – brak zmian: 1:1

Oba tytuły sprawdzają się tylko w meczach z prawdziwym przeciwnikiem/pełnym składem. Kuleją bowiem inne tryby, a planszówkowy Blood Bowl nie skaluje się najlepiej.

Runda 3: Rozgrywka

Celem gry jest oczywiście zdobycie jak największej ilości przyłożeń – czyli dobiegnięcie naszym zawodnikiem (razem z piłką – osobno się nie liczy, sprawdzałam) za główną linię po stronie boiska przeciwnika. Odpala się wtedy animacja, tłum wiwatuje, a my zdobywamy punkt.

Na początku jednak kupujemy drużynę… a potem jest wieczna sława! Byłoby cudownie, ale też nie. Po wybraniu rasy bardzo dokładnie musimy planować nasze początkowe wydatki, a także zastanowić się, które rozwinięcia personelu mogą okazać się już na starcie niezbędne. Medyk może np. ocalić od śmierci naszego zawodnika, dzięki czemu odniesie tylko kontuzję, a asystentom trenera udaje się czasem zapobiec różnym, przykrym wydarzeniem wynikającym ze specjalnych opisów z Magazynu Spike.

Tury w Blood Bowlu rozgrywane są naprzemiennie. W sumie mamy 16 tur, podzielonych na 2 rundy, ale zawsze możemy stracić naszą kolejkę, jeśli jakakolwiek akcja zakończy się “krytyczną porażką” – wtedy automatycznie pojawia się “strata” i tura przechodzi na naszego przeciwnika.

W czasie swojej tury możemy przemieścić każdego zawodnika o ilość pul zgodną z jego punktami ruchu i modyfikatorami wynikającymi z danego obszaru boiska, wykonać akcje specjalną np. rzucić mniejszych towarzyszem, przeskoczyć nad głowami innych zawodników, zablokować, zrobić podanie, zaatakować, a nawet sfaulować leżących już przeciwników. Co ciekawe – możemy nawet wypchnąć przeciwnika za linie boiska – a wtedy wpadnie we wdzięczne ramiona fanów… co przeważnie kończy się jego śmiercią. Możliwości jest zatem sporo, a jedyne ograniczenie, to przymus wykonywania czynności każdym zawodnikiem po kolei. To znaczy, że nie możemy pobiec zawodnikiem1 o 3 pola, zawodnikiem2 zrobić podanie, a potem dokończyć ruch znowu zawodnikiem1. Dodatkowym utrudnieniem przy przemieszczaniu postaci są “bloki” i testy “uniku”, które nie zawsze się udają. Jest także, wspomniana już wcześniej, mordercza trawa, która czyha na nasze życie, jeśli próbujemy biec dalej niż pozwala na to nasz współczynnik ruchu.

Trzeba przyznać, że w trakcie meczu dzieję się sporo, choć nie na wszystko mamy bezpośrednio wpływ. Owszem, decydujemy o początkowym rozstawieniu na boisku, wybieramy członków drużyny, ich umiejętności itd., ale gdy tylko w ruch pójdą kości, może się okazać, że nawet najbardziej doświadczony zawodnik staje się kompletną łamagą, która tylko zawadza reszcie. Czasami zaś zostaniemy zmiażdżeni przez przypadkowe efekty Magazynu Spike np. spadnie na nas dziwne urządzenie latające i pozbawi zawodnika. Cały czas jesteśmy więc w środku przezabawnego chaos – kontrolowanego tylko w pewnym stopniu – o nigdy tak naprawdę nie wiemy co czyha na nas za rogiem (a może to być wszystko: kibole, stwór z mackami, czy nawet znudzony meczem ogr Bob, który postanawia opuścić studio komentatorów i dołączyć na chwilę do gry…).

Podsumowanie

To jaki wynik?

…nie wiem, bo jakiś ork zjadł sędziego razem z kartkami! Obie drużyny powinny zejść z boiska, ale wszyscy boją się zwrócić im uwagę, więc w tym wyjątkowym meczu wytypowano dwóch zwycięzców!

A bardziej rzeczowo: Jeśli ma się alergię na losowość, powinniście sobie Blood Bowla z miejsca odpuścić – w obu wypadkach. Jeśli jednak nie przeszkadza Wam odrobina zamętu, niewiadomej i od czasu do czasu nieprzyjemne niespodzianki – Blood Bowl stanowi kawał naprawdę fajnej gry strategicznej z klimatem, o który trudno w innych tytułach.

Naprawdę sporo się podczas meczu dzieje. Dlatego nigdy nie brakuje emocji. Zwłaszcza, że każda drużyna posiada naprawdę unikalny styl, więc nawet pojedynki identycznych ras, nigdy nie wyglądają tak samo.

Dodatkowo wersja komputerowa nie cierpi na największą bolączkę planszowego Blood Bowla – czyli skopanej mechaniki w przypadku nieparzystej ilości graczy. Tutaj zawsze pojedynkujemy się 1 na 1. Z drugiej strony, pomimo nawet bystrej AI, granie poza ligą jest zwyczajnie nudne. Najwięcej frajdy daje bowiem samo budowanie historii drużyny i poprowadzenie naszych podopiecznych do wiecznej, sportowej sławy.

Trochę wahałam się czy kupować Blood Bowla, skoro niezbyt do gustu przypadła mi wcześniejsza część, ale 2 edycja zlikwidowała wszystkie widoczne wtedy niedociągnięcia. Co więcej muzyka z gry stanowi ostatnio idealny podkład do naszych karcianych starć w wersję tradycyjną. Jeśli macie odwagę – testujcie, bo Blood Bowl to nie sport dla słabeuszy!

Plusy:

+ Komentarze Boba i Jima;

+ Każda drużyna jest inna;

+ Kompletnie nieprzewidywalna rozgrywka.

Minusy:

– Nawet bystra AI… ale długo czeka się aż zacznie wykonywać akcję;

– Nie ma większego sensu grać w innym trybie niż multiplayer;

– Trzeba stracić naprawdę wielu zawodników, nim nauczymy się sensownie grać.

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*