O tuningowaniu gier planszowych cz.1

Kiedyś dawno temu, gdy byłam małą dziewczynką miałam marzenie… że kupię armię Nieumarłych do Warhammer Fantasy Battle i podbiję świat! Szybko jednak zostałam przywołana na ziemię przez uprzejmego pana sprzedawcę, który przekonał mnie, że nie ma sensu czekać na batalion z truposzami (jak na złość wówczas niedostępny), skoro na stanie sklepu ma bajkowe rycerstwo z Bretonii. A były to czasy, gdy figurki sprzedawano tylko w kilku miejscach w Gdańsku, mogłam więc albo kupować, albo spadać. Z czego po chwili wahania wybrałam pierwszą opcję, bo zapłaciłam już za cholerny bilet tramwajowy, cały dzień padało, a pieniądze na zakup odkładałam z prawdziwym poświęceniem i nie chciałam wracać do domu z niczym…

Smutny finał historii jest taki, że moja bretońska armia do dziś leży poskręcana, pociapana i nieprzydatna – czyli stanowi obrazek jak po bitwie, która nigdy nie miała miejsca z jej udziałem. Koniec końców w bitewniaki zagrałam raz (krasnoludami) i na dodatek pewnie źle, bo do dziś nie ogarniam zasad. Trupuszów zaś nie zobaczyłam wcale, bo też nigdy ich nie było, aż mi się odechciało wreszcie sprawdzać.

Ale po co właściwie przywołuję to wspomnienie? Ano dlatego, że w spadku po tych czasach zostały mi farby, podstawki, podkłady, trawki… i jeden mikroskopijny, plastikowy ślimaczek, bo drugiego gdzieś zgubiłam, a był on elementem jakiegoś skomplikowanego modelu.

Lata mijały, aż z konserwatywnego rpgowca zrobił się ze mnie również planszówkowicz. Zaczęłam rozbudowywać kolekcję i trafiłam w końcu na grę, gdzie po otwarciu pudła zaskoczyły mnie figurki. Dużo. Wszystkie szare. Czekające tylko na podkład, farbę i odrobinę miłości. A ja – jak ostatni idiota, który nie uczy się na błędach – oczywiście kupiłam nowy zestaw majsterkowicza (promocja od firmy Citadel!), byle tylko je upiększyć. I wiecie co? Dzisiaj mam masę gier z figurkami… i jednocześnie wciąż nienawidzę malowania. Ale wciąż próbuję i uczę się nowych rzeczy!

Można więc powiedzieć, że to przykład pewnej manii natręctw, bo strasznie drażnią mnie szare, smutne modele. Wolę zawsze żeby ożyły, na co z kolei brakuję mi czasu i talentu, nie znam bowiem tych wszystkich fajnych technik, których podobno nauczają mistrzowie ze Wschodu, a które, jak podejrzewam, stanowią element ninjutsu.

Szybko też okazało się, że na malowaniu się nie skończy. Gdy już raz wpadniemy w wir “ulepszania planszówek” zaczynamy szukać mat, którymi moglibyśmy zasłonić niezbyt atrakcyjny stół, potem zamawiamy tokeny, aby zastąpiły tekturowe żetony, a ostatnim etapem jest budowanie makiet, bo przecież głupio tak chodzić po płaskiej planszy jak możemy mieć miasteczko w wersji 3D… (choć tego progu jeszcze nie przekroczyłam!).

A nawet jeśli ten tekst wydaje się Wam odrobinę gorzki, to nie wyobrażam sobie obecnie, aby planszówkowe hobby mogło ograniczać się do tylko kolekcjonowania pudeł. Jest coś niesamowicie fajnego w tym, jak wiele pokładów kreatywności przejawiają gracze w poszukiwaniu nowych sposobów na rozbudowanie gier (czy nawet tylko ich spakowanie!). Czasami zastępuje się karty, innym razem projektuje własne dodatki albo nawet całe, usprawniające mechanikę aplikację. Przykładów na necie jest wiele. Każdy ma swoje sposoby.

Mamy więc bardzo pozytywny, uboczny efekt hobby. Czasami bardzo kosztowny, bo jak zobaczymy sobie ceny niektórych makiet czy modeli, to pewnie kupilibyśmy za to jeszcze z trzy inne gry. Pytanie zatem kiedy planszówki ulepszać warto i czy w ogóle się opłaca? Może jednak te niepomalowane modele nie są takie złe? Osobiście wolę mniej planszówek – za to ładniejsze. Rozumiem jednak inny punkty widzenia.

Do tematu pewnie wrócę już niebawem, jako że wciąż śledzę oferty różnych sklepów i planuję “co by tu jeszcze podmienić w grze?”. Parafrazując stary program telewizyjny, “odpicować” można nie tylko “brykę”. Warto więc zagłębić się w ciekawą tematykę tuningowania gier planszowych.


P.S. A chomiczek nie jest mojego autorstwa.

Inne ilustrację siostry:

magdamarkowska.tumblr.com

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*