Cukierek czy papierek? – O stylach projektantów gier

 

Kiedy mówimy o specyficznym stylu projektanta z branży odzieżowej, to nikt nie jest specjalnie zdziwiony. Wiadomo, że artysta ma swój unikatowy sposób tworzenia, dzięki czemu staje się rozpoznawalny, a jego dzieła/produkty wybijają się na tle ogromnej konkurencji, jak mądrości Kayne’a Westa w Internecie (chociaż głównie w memach).

W przypadku gier planszowych – często niesłusznie – zwykło uważać się, że oprawa wizualna jest niczym, w porównaniu do mechaniki i nie przywiązuje się do niej takiej wagi. W końcu wolimy cukierek od papierka, czyż nie? Ja jednak powracam z uporem maniaka (może być taki z “Posiadłości Szaleństwa” – siedzący w szafie z siekierą) do tematu ilustracji, bo gdy czasami analizuję własne kryteria zakupów, to z pewnością zatrwożyłyby one marketingowych specjalistów.

 

Ano, widzicie… lubię gry ładne. Ciągnie mnie do nich jak Jasona z “Piątku 13-tego” do jeziora. Więcej: lubię konkretnych ilustratorów, przez co potrafię czasami nabyć planszówkę “w ciemno” pod warunkiem, że zobaczę znajome nazwisko na pudełku. Paradoksalnie z mechaniką jest podobnie. Miałam bowiem okazję testować gry większości “celebrytów” ze świata planszówkowych projektantów… i muszę przyznać, że niektóre tytuły omijam szerokim łukiem, a i kucykami mnie do stołu nie zaciągnięcie, gdy tylko zorientuję, że leży tam ich dzieło.

 

Nie chcę jednak rzucać nazwiskami. Nie o to przecież chodzi, aby robić komuś antyreklamę, zwłaszcza że to, co podoba się mi, niekoniecznie musi zgadzać się z gustami innych. Bardziej istotne jest bowiem samo zjawisko. Nawet twórcy planszówek nie są w stanie przeskoczyć ograniczeń, które powodują, że mimowolnie zamykamy się w jakimś schemacie. Mamy przecież twórców, którzy nigdy nie zhańbili się porządną instrukcją do gry, czy takich, których gry zawsze przypominają jednoosobowego pasjansa. Moim ulubieńcem jest facet, nazwijmy go Pan X, który wydał już 6 gier, ale w każdej jego planszówcę tura poszczególnego gracza trwa tak długo, że zdążylibyście spokojnie skończyć jeden fakultet studiów, założyć rodzinę i może nawet odchować pierwszego wnuka. Można by powiedzieć, że człowiek zwyczajnie nie uczy się na błędach, ale myślę, że on po prostu nie chcę zatracić “tego czegoś”, dzięki czemu “on to on i nikt inny nie jest nim, gdy jest sobą”, cytując dalej klasyków sceny muzycznej.

 

I na tym właśnie polega niebezpieczeństwo. Od indywidualizmu do zwyczajnej nudy i powtarzalności dzieli nas naprawdę niewielka granica.

 

Tylko co z tego? Znam mnóstwo  graczy, których w ogóle nie interesuje twórca i pomimo ogromnych kolekcji planszówek nie potrafiliby wymienić ani jednego nazwiska projektanta gier. Bo też tak po prawdzie… na co im ta wiedza? Zgodnie z zasadą “śmierci autora” – znajomość szczegółów z życia twórcy nie powinna wpływać na odbiór dzieła. Poza tym są ważniejsze rzeczy, którymi można zaśmiecać pamięć. (Jak chociażby teksty piosenek! A co!).

 

Dwie skrajne różne postawy: które i tak nie ustrzegą przed zakupowym błędem. Jeśli projektant się “wypalił”, to i tak jego następna gra może okazać się kiczem, a jeśli wybieracie planszówki bez znajomości nazwiska czy stylistyki twórcy – to możecie co najwyżej zaufać recenzentom, a i tutaj trafiają się przecież teksty zwyczajnie sponsorowane.

 

Wniosek jest zatem taki, że nie mamy odpowiedzi. Czyli dalsze rozważania możemy zostawić filozofom. Ze swojej strony dodam, że chociaż bardzo lubię słodycze, to np. jako dziecko wkładałam ładne opakowania po cukierkach między karty książki… No bo jakoś tak żal wyrzucić nie?

(Btw. Obok mojej szafki stoi sterta pudeł po grach. Są kompletnie puste. Nie mają żadnego zastosowania. Elementy, które zawierały wrzuciłam i spakowałam już do podstawki. Dlaczego więc je trzymam? Tylko ze względu na rysunki. Takim jestem dziwakiem! XD).

 

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

1 Trackback / Pingback

  1. GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #760 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*