Recenzja 9#: Munchkin – Lista Skarbów

Hej ho, hej ho! Po skarby by się szło! Czas skopać wielkie zło i buchnąć kumplów złoto! – jak śpiewają ci z Munchkinów o bardziej poetyckiej duszy.

Jeśli zaś nie znacie definicji tego słowa – już śpieszę z wyjaśnieniami. Ci bardziej obeznani z erpegowym światem, wiedzą, że Munkchin to po prostu rodzaj bardzo irytującego, samolubnego gracza, dla którego liczy się tylko jak najszybsze zdobywanie poziomów postaci – kosztem fabuły, klimatu i dobrej zabawy drużynowej. Jeszcze inni mogliby słowo “munchkin” skojarzyć z bohaterami powieści L.F. Bauma o magicznej krainie Oz i Dorotce, która to koniecznie musiała poinformować swojego psa, że znaleźli się poza Kansas.

“Munchkin” to także tytuł bardzo popularnej gry karcianej. Zaprojektowanej przez Steve’a Jacksona i zilustrowanej przez Johna Kovalica, która doczekała się tak wielu edycji, że mogłaby spokojnie rywalizować w tej kategorii z Monopoly, a już z pewnością rozwala konkurencję na liczbę dodatków.

Nie mniej sławny jest także inny, karciany tytuł – “List Miłosny” (autorstwa Senjiego Kanai), który zaskoczył zgrabną, choć prostą mechaniką i również doczekał się wielu edycji z przeróżnymi tematycznie ilustracjami: od dworskiego życia, po Legendę 5 Kręgów, a nawet wersję świąteczną.

W końcu nadszedł jednak taki moment, że te dwa tytuły się spotkały, powstała romantyczna atmosfera i wiecie dalej jak to idzie – ta dam! Dokładnie! Ktoś pomyślał o crossoverze. Tym sposobem dzięki wydawnictwu Black Monk oraz Bard narodziło się pierwsze dziecko “Munkchkina” i “Listu Miłosnego”, nazywane po prostu “Munchkin – Lista Skarbów”.

Po kim jednak to interesujące maleństwo odziedziczyło mechanikę, a po kim wygląd – dowiecie się z tej recenzji.

Zawartość pudełka

Papierowe pudełeczko o niewielkim rozmiarze skrywa w swoim wnętrzu 1 instrukcje, 1 bonusową kartę do podstawowego “Munchkina” (“…Ze Stosem Smoczych Skarbów”), 4 karty podpowiedzi oraz 16 kart do gry “Munchkin – Lista Skarbów”. Te ostatnie dzielą się na kilka powtarzających się typów, o różnych właściwościach, co będzie miało kluczowe znaczenie dla samej rozgrywki, z zabawnymi opisami i ilustracjami. Jeśli bowiem mieliście kiedykolwiek z “Listem Miłosnym” do czynienia (i nie mam tu na myśli otrzymywania, ani wypisywania korespondencji na walentynki) – to zapewne już wiecie, że od mocy, a także wartości kart uzależnione jest w dużej mierze zwycięstwo.

Co do samych ilustracji… przyznam szczerze, że za stylem pana Kovlica jakoś specjalnie nie przepadam. Fani “Munchkina” poczują się za to jak w domu – w końcu to właśnie te nieco pokraczne obrazki są znakiem rozpoznawczym ich ukochanej gry. Można zatem współczuć maleństwu, że wygląd odziedziczyło po mniej atrakcyjnym z rodziców, który sam swoje wizualne braki od zawsze nadrabiał humorem. Z “Munchkinem – Lista Skarbów” jest w tym wypadku podobnie. Trudno bowiem się nie uśmiechnąć na widok “Kaczora Zagłady” czy “Forumowego Trolla”, nawet jeśli jest to wyjątkowo nieatrakcyjna kaczka i no, ten… troll…

Setup – czyli „czy mój stół to pomieści?”

W zasadzie to mogliście pewne rozstawić grę również na własnym kolanie i zostałoby Wam jeszcze trochę miejsca. Zdecydowaną zaletą “Munchkina – Listy Skarbów” (czy też zwykłego “Listu Miłosnego”) jest minimalna przestrzeń potrzebna do rozgrywki. Nie bez przyczyny tytuł ten możemy traktować w kategorii fillera pomiędzy poważniejszymi grami. Na ukończenie partii potrzebować będziemy maksymalnie 20 minut, a na setup z jakąś minutę i to tylko pod warunkiem, że wyjątkowo się ociągamy.

Rozgrywka

Chociaż gra jest szalenie prosta, to i tak zamiast oglądać Let’s play’e zalecam przeczytanie instrukcji. Z zasadniczej przyczyny: jest pomysłowo napisana i po prostu nie warto odbierać sobie zabawy z lektury. W przeciwnym razie moglibyście ominąć takie kwiatki: „Zgarnij skarb i oszukaj kumpli, bez tego całego grania w głupie karty (…) Dodatkowo, obejdzie się bez durnego całowania i liścików z tej innej gry… (…) Chciałeś księżniczkę, ale wyszło inaczej”. Możemy więc dzięki niej naprawdę poczuć klimat Munchkina i wyrobić sobie odpowiednie nastawienie do współzawodników jeszcze przed właściwą rozgrywką.

Jeśli jednak z jakiegoś powodu wolicie poznać zasady już teraz, postaram się je wyłożyć bez zbytniego spoilerowania. Gra podzielona jest na szereg następujących po sobie rund, odpowiadających jednej wyprawie do lochów. Na początku każdej tury będziemy wchodzili w posiadanie nowej karty (dobieranej z wierzchu talii), mając zawsze już jedną wcześniej na ręce, a potem decydowali się na odrzucenie jednej z nich i rozpatrzenie natychmiastowego efektu. Kiedy efekt karty zostanie rozpatrzony, tura aktywnego gracza się kończy i swój ruch wykonuje następna osoba i tak dalej, i dalej aż do dobrania ostatniej karty z talii.

Celem “Munchkina: LS” jest (zgodnie z duchem pierwowzoru) potęga, sława i bogactwo bez przesadnego wysiłku. W trakcie rundy będziemy bowiem dążyli do zdobycia tytułowego skarbu, albo chociaż posiadania najbardziej wartościowej karty w grze, albo zwyczajnie do przetrwania, gdy wszystko inne zawiedzie… Zwycięzcą nigdy jednak nie zostanie gracz, który dobrowolnie odrzucił kartę z Kupą Skarbów, bo takich rzeczy się nie zapomina, a już z pewnością nie wybacza. Zwłaszcza w munchkinowym świecie.

Pomimo więc fabularno-przygodowej otoczki, mechanika “Munchkina: LS” stanowi czystą kalkę z “Listu Miłosnego” z delikatnymi zmianami. O tym ile kart danego typu pozostało w grze informują nas kropeczki pod główną wartością, a efekt każdej z kart został zabawnie przez twórców opisany, jak w zacytowanym przypadku: „Pomimo lat bezlitosnego dręczenia poszukiwaczy przygód, Forumowy Troll nadal nie zdobył żadnej niezwykłej umiejętności. Nawet jednej. Tak, cały czas go to wkurza.”.

Czasami będziemy zapewniali sobie ochronę przy pomocy magicznego pierścienia, czasami nękali innych graczy – zmuszając ich do odrzucania wartościowych kart, a czasami… nasyłali na nich Młotomysz z Marsa. Bo w sumie, czemu nie? W skrócie zarządzali naszą mikro talią (zawsze mając do wyboru jedną z dwóch kart) i starali się wydedukować czym dysponują nasi przeciwnicy – na podstawie układanych stosów kart odrzuconych. Zwycięzcą zostaje osoba, która wygra określoną liczbę rund (np. 7 w przypadku rozgrywki 2-osobowej).

Aby wygrać będziemy zatem musieli ryzykować, kantować i powoli wykańczać konkurencję – czyli w sumie dewastować nasze więzi rodzinne i przyjaźnie, jak na prawdziwych erpegowych munchkinów przystało.

Podsumowanie

Ale czy to naprawdę takie zabawne? Te całe “munchkinowanie”? Ano, paradoksalnie tak. I to właśnie za sprawą oryginalnej mechaniki “Listu Miłosnego”, dzięki czemu każda szybka, dynamiczna partia pozostawia uczucie niedosytu. “Munchkin: LS” to nie tytuł ambitny, ani rewelacyjny, ale to naprawdę dobry przerywnik lub sposób na zabicie czasu, czekając na zamówienie w kawiarni, czy grając ze znajomymi w pociągu. Może nie za bardzo odczujecie tutaj klimat dworskich intryg, czy poszukiwania skarbów, ale chyba też nie o to w tej karciance chodziło. Trudno też oczekiwać po maleństwie składającym się z 16 kart, aby mogło konkurować z grami przygodowymi w tej materii. Jeśli zatem dotychczas nie mieliście do czynienia z „Listem miłosnym” a odpowiada Wam taka oprawa graficzna – z pewnością się nie zawiedziecie, jeśli jednak do tytułu przyciągnął Was bardziej sentyment do „Munchkina” – to zawsze wzbogacicie swoją kolekcję o dodatkową kartę, nie traktujcie jednak tego tytułu jako rodzaj rozszerzenia, bo stanowi w pełni niezależną grę.

Plusy:

+ Oryginalna, dynamiczna mechanika;
+ Bonusowa karta do gry “Munchkin”;
+ Dużo interakcji (zwłaszcza negatywnej).

Minusy:

– Bardzo delikatne pudełko;
– Można szybko odpaść z gry (na szczęście nie czeka się długo na koniec rundy);
– Ilustracje wydają się być dobrane losowo, bez motywu przewodniego.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Bard

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*