Recenzja 14#: A Touch of Evil

Ciemno wszędzie, strasznie wszędzie… – do Shadowbrook Zło znów przybędzie! Bo Zło rzadko jeździ na wakacje, jest za to bardzo zapracowane. Jeśli jeszcze nie słyszeliście o „A Touch of Evil”, to zapewne nie macie wyobrażenia jak bardzo jedna planszówka może być zawalona żetonami potworów. Zacznijmy od tego, iż ta mroczna gra została zaprojektowana tak, aby stworzyć wrażenie uczestnictwa w filmie przygodowym. Kojarzycie „Jeźdźca Bez głowy”, „Braterstwo Wilków” albo poczciwego „Hrabiego Draculę”? W Shadowbrook możecie spotkać wszystkich występujących tam antagonistów (i jeszcze kilku) oraz pomagające im stwory ciemności! Oto przenosimy się bowiem w realia XIX w. (czasami bliżej XX) i wcielamy w grupę niezawodnych śmiałków, którzy są zdeterminowani skopać dupsko Wielkiemu Złu. Oczywiście, nie zawsze im się to udaje, niekiedy sami sobie wchodzą w drogę, a czasami współpracują w nadziei, że miłość i przyjaźń pozwoli zwyciężyć każdy trud! (Choć z pewnością nie wpływają na wyniki rzutów kostek – wiem, testowałam).

Zawartość pudełka

Słowo daję, na zdrowie chomisia, że jeszcze nigdy nie widziałam równie solidnie wykonanej gry. Przeróbki zdjęć zamiast ilustracji są oczywiście szpetne. Ktoś pewnie uznał, że będą doskonale oddawały „klimat filmowy”, ale nie jestem pewna czy rzeczywiście chodziło mu o „efekt naciapanych przeróbek photoshopych zdjęć aktorów, którzy uciekli z planu horroru klasy Z”. Wyjąwszy jednak oprawę estetyczną – to już sam materiał zasługuje na szczerą pochwałę. Wszystkie plansze są na grubej tekturze, powierzchnia kart polakierowana warstwą ochronną, a żetony duże i solidne. Na dodatek pudełko posiada wewnątrz wkładkę, która segreguje nam poszczególne elementy, zaś samej zawartości jest naprawdę sporo: 8 figurek postaci (wyższych niż typowi bohaterowie w grach planszowych), około 300 różnych kart, 4 duże karty statystyk złoczyńców + wykazy ich sługusów, 1 płyta CD z oryginalną ścieżką dźwiękową do gry, plansza oraz 16 małych kostek – w wielkim skrócie.

Muzykę możecie z miejsca wywalić. Chyba że jesteście na tyle odważni, aby spróbować przy niej grać. Niestety wydobywające się z głośników jęki nie budują klimatu, ale sprawiają, że macie dość już po jednym kawałku. Przypominają bowiem podkłady muzyczne jakie towarzyszyły grom za czasów Amigi. Nie budzą jednak uczucia sentymentu, o nastroju nie wspominając.

Nie najlepiej sprawdzają się także karty. Jasne, dzięki polakierowaniu nie wymagają już koszulek, bo są bardzo wytrzymałe, ale też sklejają się bez przerwy, więc tasowanie staje się bonusowym kursem z rozwijania cierpliwości. Jest to więc zaleta i wada jednocześnie.

Wreszcie figurki: duże, całkiem ładne, choć widywałam lepsze, tj. z większą ilością szczegółów. Wszystkie postaci stoją prosto, nie mają skomplikowanych elementów i nawet amatorzy malowania poradzą sobie z nimi bez problemu. Nie ma zatem co narzekać, bo dzięki nim planszówka zdecydowanie zyskuje na estetyce.

Setup – czyli „czy mój stół to pomieści?”

Z trudem… ale raczej tak. Większość „fabuły” rozgrywa się na głównej planszy, od czasu do czasu będziemy tylko dobierać karty z jednej z sąsiadujących talii. Potrzebujemy także nieco przestrzeni na strefy każdego gracza: ubranka, oręż, towarzyszy i inne „pomoce” do walki ze Złym.

Przygotowanie do rozgrywki łatwe nie jest. Zajmuje nieco czasu i podążania za instrukcją krok po kroku. W sumie uwzględnijcie koło 20 minut rozstawienia wszystkich kart, żetoników, kostek i innych. Kiedy jednak już przez to przebrniemy, po samym rozstawieniu zmienia się niewiele. Nie trzeba więc dokładać, rozkładać i składać niczego. Jak położyliście – tak leży do końca gry. I dobrze.

Rozgrywka

Na początku starcia ustalamy czy chcemy grać w trybie kooperacji czy rywalizacji. Zaskoczeni? Tak, w „A Touch of Evil” mamy bowiem dwa zupełnie odmienne style dążenia do celu. Osobiście zawsze decydowaliśmy się na kooperację, bo chociaż wariant podrzucania sobie kłody pod nogi wydaje się na pierwszy rzut oka bardziej emocjonujący, to jednak całkowicie nie pasował nam do klimatu „filmu przygodowego”. Chcieliśmy być drużyną śmiałków. Przyjaciół. Towarzyszy broni! A co z tego wychodziło – to już inna historia. (Nawet jeśli miejscami ocierała się o przygody rodem z serialu Scooby-Doo). W każdym razie nic nie stoi na przeszkodzie, by zmieniać tryby i próbować różnych opcji gry przy każdej partii.

Krokiem następnym jest wybranie jednego z czterech przystojniaków, który będzie nawiedzał Shadowbrook z bliżej nieokreślonego powodu: uwodzicielski Wampir (a gdzie tam, wygląda jak Nosferatu z 1922), bezlitosny Wilkołak (który ma zwyczaj kąsać bohaterów i zarażać paskudnym choróbskiem), niepowstrzymany Jeździec Bez Głowy (dosłownie tratujący bohaterów, podczas swoich wypraw) oraz manipulujący koszmarami Strach na Wróble (z armią kruków-szpiegów, a choć nie lubi ognia, to jego pojawienie dosłownie rozpala emocje!). Każdy z nich wymaga nieco innej strategii, ma mocne i słabe strony oraz wpływa delikatnie na mechanikę gry. Stanowią więc jakby cztery odrębne warianty.

Co zaś się tyczy samej rozgrywki, to każdy w mig zauważy, że „A Touch of Evil” jest nieślubnym, owianym tajemnicą w rodzinie i pomijanym na uroczystościach, dzieckiem „Horroru w Arkham” – z taką tylko różnicą, że zamiast Przedwiecznych mamy wspomnianych wcześniej dziwaków.

W swojej turze gracz może: przemieścić się, walczyć (jeśli na obszarze jest sługus Złego) oraz wykonać akcję. W obrębie ostatniej mamy do wyboru: zebranie żetonów „Ivestigation” z planszy (brzmi znajomo?), wyleczenie ran, podejrzenie Starszego Wioski (bo w tej talii ukrywają się zdrajcy – co ma znaczenie w walce finałowej) oraz zbadanie obszaru, do którego wchodzimy. Każda lokacja na mapie posiada własny zestaw kart, więc na inne przedmioty, wrogów czy towarzyszy natkniemy się w np. Posiadłości, a na inne w Młynie. Łazimy więc tak sobie po planszy. Wzmacniamy. Podnosimy statystyki, od czasu do czasu coś zabijemy, aż do momentu, gdy znacznik rosnącego zagrożenia na torze upływu czasu spadnie niebezpiecznie nisko. Wtedy wiadomo, że zbliża się godzina Ostatecznej Konfrontacji! Drużyna szuka kryjówki Złego, teleportuje się tam i rozpatrujemy kilkanaście rund walki, której wynik zdecyduje czy wygraliśmy czy nie. Jeśli antagonista nas skopie, ale mamy jeszcze czas, to w sumie nic straconego, możemy spróbować pokonać go ponownie w drugim podejściu, itd.

W zasadzie na ma co się wiele rozpisywać o mechanice, gdyż „A Touch of Evil” jest naprawdę bardzo podobna do „Arkhama”. Posiada jednak oryginalny element, który zasługuje na uwagę, a jest nim poznawanie historii sześciu Starszych Miasteczka: doktora Manninga, sędziego Hardinga, urzędnika Krofta, lady i lorda Hanbrook oraz akuszerki Sophie. Wszystkich kluczowych NPCów w Shadowbrook reprezentuje odrębna, dwustronna karta w wersji przyjaznej i wrogiej. Na początku gry każdy Starszy skrywa jeden lub dwa sekrety, które wpływają na jego naturę: może okazać się bohaterem ludu, pijakiem, człowiekiem o wewnętrznej sile, sługą ciemności… albo nawet Wielkim Złym we własnej osobie! (Razem 20 kart: chociaż rodzaje sekretów się powtarzają). Ich tajemnica posiada zatem kluczowe znaczenie dla planowania walki finałowej ponieważ Starsi mogą stanąć po naszej stronie jako towarzysze broni, albo wesprzeć Złego i pomóc mu skopać nam tyłki. Należy więc nigdy nie zaniedbywać tego elementu i w trakcie gry próbować poznać sekrety Starszych, aby potem nie mieć przykrej niespodzianki.

Wyjąwszy jednak ten dodatek „A Touch of Evil” nie wyróżnia się od innych przygodówek niczym szczególnym. Planszówka stawia bowiem bardziej na klimat niż oryginalność, a sytuacji humorystycznych, podczas rozgrywki, z pewnością nie brakuje. (Chociaż może powinniśmy się bać? Nie wiem. My raczej zawsze kręcimy głowami z niedowierzaniem i żartujemy. Shadowbrook jest przecież takim rozrywkowym miejscem!).

Na zakończenie jeszcze kilka słów o bohaterach. W podstawowej wersji mamy do wyboru 8 postaci, z których każda różni się nieco statystykami, czyli Duchem, Sprytem i Walką, a także odpornością na obrażenia i współczynnikiem honoru. Dodatkowo mają swoje umiejętności/wady specjalne, które wpływają na ich pozycję startową oraz mechanikę, np. niektórzy dobierają więcej kart, inni zaś mają jakiś przedmiot już na starcie, itd. Wśród wybawców świata nie mogło zabraknąć: żołnierza – przystojnego Karla, nauczycielki – Anne Marie, inspektora Cooke’a, kuriera Thomasa, rozbójniczki Katariny, szlachcianki Isabelli von Took, dramaturga Victora Danfortha i woźnicy Henricha. Jest zatem w czym wybierać i każdy znajdzie coś dla siebie. Możemy także podobno zagrać w 8 osób i użyć wszystkich figurek, ale nie wyobrażam sobie ile wtedy potrzebujecie godzin na jedną partię. My już przy 6 graczach odczuwaliśmy lekką nudę, ale przy 4 partia była odpowiednio dynamiczna.

Paradoksalnie „A Touch of Evil” to jedna z nielicznych gier, w którą lubię sobie do czasu do czasu pograć… sama. Przyjemnie chodzi się po Shadowbrook, kolekcjonuje karty i szykuje do walki ze złym. Jeśli więc brakuje Wam czasem osób podzielających planszówkowe hobby, a nałóg grania jest zbyt silny – warto dać temu tytułowi szansę.

Podsumowanie

Krótko acz treściwie: „A Touch of Evil” to sympatyczna, choć nie rewelacyjna gra, która wyciąga się z szafy od czasu do czasu, gdy nastrój jest odpowiedni i ma się kilka godzin wolnego czasu. Bardzo dużo losowości, turlania kostkami i wykonywania wciąż tych samych akcji (aby uzbroić postać) – może skutecznie zniechęcić ludzi nieprzepadających za tego typu rozrywką. Planszówka zawiera masę tekstów do czytania: co automatycznie skreśla graczy nieanglojęzycznych, ale tylko jeśli chcecie wypróbować tryby inne poza kooperacją. (Dostępne jest zresztą nieoficjalne tłumaczenie wszystkich kart – dla zdeterminowanych).

Najciekawszy element – czyli walka ze Złym – dzieje się przeważnie pod sam koniec, więc jeśli partia będzie wyjątkowo nudna, możemy wypatrywać starcia z niecierpliwością, a całość zakończyć z poczuciem ulgi „o, nareszcie!” – bez względu na wynik. Na dodatek musimy jakoś uodpornić się na kiczowatą oprawę graficzną, co nie jest łatwe dla osób wrażliwych estetycznie. Tak, tak, wiem, że parodia… ale cóż z tego? Parodie też trafiają się lepsze i gorsze. Summa summarum „A Touch of Evil” najlepiej opisać krótkim słowem „ok”, ale jeśli  posiadacie w swojej kolekcji „Arkhama”, to raczej nie potrzebujecie jego osnutego tajemnicą klona

Plusy:
+ Naprawdę solidnie wykonana;
+ Dwa tryby: rywalizacji i kooperacji;
+ Klimat filmów grozy;
+ Każdy z antagonistów wpływa na mechanikę gry.

Minusy:
– Brzydkie przeróbki zdjęć zamiast ilustracji;
– Zbyt przypomina „Arkhama”.

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

1 Trackback / Pingback

  1. Planszówki a tryb solo – bo zwycięzca może być tylko jeden! – I play with green!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*