Recenzja 17#: Welcome to the Dungeon / Zapraszamy do Podziemi

Życie bohatera nie jest łatwe… Nigdy nie wiadomo co czeka na ciebie w lochu, twoim pracodawcą jest przeważnie zakapturzony typ w obskurnej karczmie, a nawet jeśli uda Ci się już przynieść z wyprawy jakiejś przedmioty, to większość z nich okazuje się bezużytecznymi śmieciami, a nie magicznymi artefaktami. Nie wspominając już nawet o podstępnej konkurencji, która może zawitać do dokładnie tego samego lochu i zwędzić Ci sprzed nosa najcenniejszy skarb!

Ale czymże są powyższe trudności, w obliczu emocji płynących z przygody?

“Welcome to the Dungeon” / “Zapraszamy do Podziemi” to wesoła, króciutka gra, która pozwoli nam wcielić się w poszukiwacza przygód i poczuć konsekwencje rywalizacji z innymi bohaterami na własnej skórze. Wydana oryginalnie przez IELLO, doczekała się polskiej edycji dzięki “2 Pionkom”, ale na potrzeby tej recenzji posłużyłam się wydaniem angielskim.

Zawartość pudełka

(Kapłan był piątym członkiem zespołu – nim odszedł robić karierę solową).

Zacznijmy od tego, że niewielkie pudełeczko cieszy przemyślaną oprawą wizualną. Gra jest po prostu ładna: od projektu okładki, po ilustracje na kartach, na lśniących i grubych żetonach kończąc. W sumie dostajemy: 13 kart potworów, 4 karty pomocy, 8 kart sukcesu, 28 żetonów umiejętności oraz przedmiotów bohaterów i instrukcję. Od biedy mogłabym trochę pomarudzić na projekt wampira, ale to smutny wyjątek, bo jakość komponentów jest na naprawdę wysokim poziomie.

Wśród bohaterów nie mogło zabraknąć tradycyjnie maga, złodziejki, wojownika i… nie, nie kapłana. Barbarzyńcy! Modlitwy modlitwami, ale do lochów idziemy przecież naklepać jakiemuś liczowi. Bądźmy poważni, Panowie i Panie! Wystarczy, że już mag ubrał na wyprawę sukienkę – potrzebujemy więc trochę pierwotnej, brutalnej siły, by postawić nieumarłych do pionu.

Setup

Dajemy każdemu z graczy kartę pomocy (do położenia przed sobą – białą stroną do góry), talie potworów układamy w łatwo dostępnym miejscu i losowy bohater trafia na środek stołu. A ponieważ nasz heros nie może zacząć przygodę nieprzygotowany, rozkładamy pod nim w linii odpowiadające mu kolorem żetony Ekwipunku (żółte dla Barbarzyńcy, zielone dla Złodziejki, niebieskie dla Wojownika i różowe dla Maga).

(Niestety nie możemy zamienić potwora w owieczkę. Wiem, bo próbowałam).

Dodam, że gdy pierwszy raz grałam w “Welcome to the Dungeon” za stół posłużył mi plecak, rzucony na podłogę lotniska – to powinno trochę nakreślić wyobrażenie potrzebnej do rozgrywki przestrzeni. W skrócie: “byleby karty nie pospadały, a grać się wszędzie da!”.

 

Rozgrywka

Czyli czas na pierwszą, żółtą kartkę. Ja nie wiem kto pisał instrukcje do tej gry, ale chyba nie do końca potrafił przekazać na czym polegają zasady. Tym bardziej zdziwił mnie zachwyt wielu recenzentów nad przejrzystością mechaniki – jeśli bowiem przejrzyjcie sobie filmiki z “Let’s Playa” wielu popularnych, zagranicznych blogerów… zauważycie, że grają po prostu źle! Nie bez przyczyny na BBG powstało także sporo wątków prostujących zasady. A i my wpadliśmy w podobną pułapkę, bo okazało się, że nasza pierwsza rozgrywka – nawet jeśli zabawna – to z założeniami projektanta miała niewiele wspólnego. Bez bicia przyznam się, że nie wiem czy w polskim wydaniu umieszczono jakieś sprostowania, ale wersja angielska ma koszmarnie opisaną mechanikę.

I nie chodzi nawet o to, że gra jest skomplikowana! Wręcz przeciwnie. Powiedziałabym, że prosta jak budowa cepa, ale aby to odkryć będziecie musieli odrobić we własnym zakresie prace domową, bo instrukcja zdecydowanie nie wystarczy. Dlatego, w skrócie, o mechanice: będziemy blefowali, podbijali stawkę, a w odpowiednim momencie uciekali z podwiniętym ogonem, aby wrobić naszą konkurencję w eksploracje jak najbardziej niebezpiecznego lochu. Zwycięzcą zostaje bowiem osoba, która albo jako pierwsza zdobędzie dwie karty sukcesu (które otrzymuje się po 1 zawsze po przejściu całego lochu i pokonaniu wszystkich potworów) lub osoba, która pozostanie jako ostatnia – żywa – na placu boju.

Chcecie zgrywać bohatera i brać wszystkie bestie na klatę? Proszę bardzo! Wolicie być tchórzem i po prostu bezpiecznie “przeczekać” do zwycięstwa? – da się zrobić! Nie ma gorszej i lepszej ścieżki. Są tylko różne drogi do tego samego celu.

 

Ale po kolei: na początku gry wybieramy bohatera (i uwaga!): jednego dla wszystkich graczy! (Nie, nie możecie podzielić się funkcjami w drużynie), a następnie rozgrywamy kilka rund, składających się zawsze z dwóch faz (decyzji oraz lochu).

W trakcie trwania pierwszej fazy gracze kolejno podejmują decyzję – czy chcą:

1) spasować (czyli tchórzliwie wycofują się z rundy),

2) pobrać kartę z talii potworów i dołożyć do talii lochu (podbijając stawkę),

3) pobrać kartę z talii potworów i położyć zakrytą przed sobą, ale w zamian za to muszą usunąć głównemu bohaterowi jeden przedmiot, którego nie będzie mógł użyć w fazie eksploracji = lochu.

Faza decyzji trwa tak długo aż wszyscy – poza jedną osobą, która zaspała – spasują. Gdy już wiemy, który z naszych “braci Zbójcerzy” będzie w tej turze Ofermą: wysyłamy delikwenta do lochu z takim sprzętem jaki pozostał. Tym sposobem następuje faza lochu, czyli rozpatrujemy walkę jednego, samotnego człowieka ze wszystkimi potworami z utworzonej przez jego “przyjaciół” talii. Jeśli nie da rady pokonać bestii, straci tyle punktów życia, ile wynosi jej siła i rozpatruje kolejną kartę – aż do końca talii.

Jak napisałam wcześniej: wyjście z lochu zwycięsko – daje nam kartę sukcesu, ale jeśli padniemy po drodzę – musimy odwócić naszą kartę pomocy na brązową stronę. Po drugiej porażce odpadamy z gry. Bez odwrotu.

Podsumowanie

(Tak, wampir dalej wygląda najgorzej…)

“Welcome to the dungeon” to zabawna, dynamiczna gra, ale nie kompletnie pozbawiona wad. Nie będę już nawet dalej psioczyć na tą nieszczęsną instrukcję, ale przejdę do kolejnych rzeczy. Pierwszy, najbardziej oczywisty minus, to wylatywanie z rozgrywki, gdy zabawa trwa w najlepsze. Zdarzy się tak zawsze, jeśli zbytnio szarżujemy albo mamy zwyczajnego pecha. Dlatego dobrze, że gra jest taka krótka, bo okazji do błędów i pochopnych decyzji nie brakuje.

Druga sprawa to postaci bohaterów… naprawdę, aż się prosi, aby każdy z graczy sterował własnym herosem! Co to za radocha, że przypada nam jeden i po chwili zaraz ląduje do pudełka? Nie można się nawet nacieszyć, ani wczuć w jego sytuację! (My zresztą szybko zmieniliśmy zasady oryginalne na “domowe” właśnie po to, aby zwiększyć poziom trudności i wybrać sobie konkretnego herosa dla każdego z graczy. W końcu: po co komu instrukcja?! ;)).

Summa summarum: to jednak fajna gra imprezowo/podróżowa, która w swojej kategorii sprawdza się wyśmienicie. Nie przeszkadza nam wtedy ani chaos, ani losowość, ani ryzyko szybkiego odpadnięcia z gry – możemy przecież skoczyć w międzyczasie po jedzenie, albo sprawdzić czy nam autobus przypadkiem nie ucieka, gdy inni walczą jeszcze o skarby w najlepsze. Jedna z lepszych ze znanych mi micro gier oraz zdecydowana faworytka w sytuacjach, gdy utknie się na dworcu. Jeśli więc szukacie solidnego, ładnie wydanego tytułu, zgrabnie łączącego mechaniki w stylu “press your luck”, “player elimination” i blefu, to możecie kupować bez oporów.

Plusy:
+ Bardzo ładna oprawa graficzna;
+ Dobre połączenie gry blefu z poleganiem na szczęściu;
+ Sprawdza się i na imprezach, i w podróży.

Minusy:
– Niedopowiedzenia w instrukcji;
– Szkoda, że gra się wspólnie tylko jednym bohaterem;
– Można szybko odpaść z gry.

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*