Poczet Planszówkowych Antagonistów: Gracz-Oszust

Kiedyś na portalu o literaturze miałam przyjemność prowadzić serię artykułów pt. Poczet Poczciwych Antagonistów. Niniejszy tekst będzie trochę powrotem do tamtej tematyki. Tym razem jednak nie będę prezentować fikcyjnych arcyłotrów, ale postaram się przyjrzeć pewnym typom graczy. Bo gdzie lepiej szukać antybohaterów, niż w gronie naszych najbliższych? He he…

Ale do rzeczy: zirytowaliście się kiedyś z powodu przegranej? Pewnie tak. Nie ma takiego człowieka na Ziemi, który nie odczułby w końcu złości z powodu ciągłych niepowodzeń. Zdarza się zatem, że negatywne emocje towarzyszą również naszemu ulubionemu hobby. I co wtedy robić? Rzucić planszówki w cholerę? A gdzie tam! Większość ludzi zwyczajnie przetrawi gniew i wkrótce o całej sprawie zapomni. Zdarzają się jednak gracze, dla których powrót do normalnej codzienności po kolejnej porażce nie jest taki łatwy. Bo zwycięstwo im się należało, bo byli tak blisko, bo zawiniły głupie kości i w ogóle ta mechanika jest jakaś taka nieprzemyślana, a jeszcze inni gracze się na niego uwzięli, aż wreszcie, wśród tej całej litanii narzekań, pojawiają się zwykli planszówkowi oszuści.

Zaznaczę w tym miejscu, że nie chodzi o oszukiwanie jako element tzw. “negatywnej interakcji” – co jest usprawiedliwione, a nawet wspierane przez mechanikę gry (np. złamanie sojuszu w kluczowym momencie). Owszem, to też bywa niekiedy wkurzające, ale tak jakby sami sobie jesteśmy winni. Niejedno małżeństwo rozpadło się pewnie przez “Grę o tron”…

Dlatego w przypadku gier planszowych, warto podzielić oszukiwanie na dwa obszary:

Oszukiwanie innych gracz

Jeśli oszukasz mnie raz, to twoja wina. Jeśli oszukasz mnie dwa razy, to moja wina. Jeśli oszukasz mnie trzy razy, to wina nas obu.Stephen King – Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika

Taka sytuacja ma miejsce, gdy albo celowo nadinterpretujemy na swoją korzyść zasady, albo zwyczajnie, fizycznie dokonujemy np. podmiany tokenów. Aż chciałoby się powiedzieć, że to irracjonalne, bo przecież psuje się jakąkolwiek przyjemność z rozgrywki. Zapominamy jednak, że istnieją przynajmniej dwa czynniki łagodzące, którymi tacy gracze usprawiedliwiają swoje postępowanie, a z którymi możemy mieć nieprzyjemność się spotkać.

Sytuacja pierwsza: gracz nie potrafi pogodzić się z przegraną. W takim wypadku zamiast radzić sobie ze zranionym ego, woli już nadszarpnąć reputację. Lepiej być oszustem niż looserem, nie? Ważne by stać na podium – a nie w cieniu. W końcu cel uświęca środki. A kalkulacja jest całkiem prosta: “albo będę nie spać po nocach i jeszcze przypadkiem się wyda, że nie jestem wybitnie utalentowanym graczem, albo zaryzykuję i utrzymam iluzje swojej zajebistości”. Najgorsze możliwe połączenie, to gdy graczem oszukującym jest przy okazji ten, który tłumaczy innym zasady. “Zapomniałem nadmienić, że można wykonać dwie takie same akcje? No przepraszam – ale właśnie to robię w swojej turze!” albo “Nie doliczyłem Ci punktów? Niemożliwe… wiesz, w ogóle to sam powinieneś ich pilnować!” (nie do zaakceptowania przy pierwszej wspólnej partii – przy następnych, jak najbardziej popieram by nie obciążać tylko jednego z graczy pilnowaniem całej rozgrywki). Inny podtyp tego rodzaju gracza – powiedzielibyśmy po rpgowemu „specjalizacja” – to osoba, która celowo i zawsze chce grać w tylko tą konkretną planszówkę, którą ma policzoną i rozgryzioną mechanicznie na wszystkie możliwe sposoby. Taka osoba tak naprawdę nie potrzebuje towarzystwa – ale widowni. Od współgraczy oczekuje, że będą pełnymi podziwu świadkami jego/jej kolejnego zwycięstwa.

Sytuacja druga: oszukiwanie przynosi więcej radości niż sama gra. I to już sytuacja prawdziwie patologiczna, ale również się zdarza. Taki gracz ma w głębokim poważaniu mechanikę. Dla niego cała zabawa polega na sprawdzeniu, czy uda mu się wykiwać innych. Nie zostać przyłapanym. Nie musi nawet planować swojej tury – ważne np. by umiejętnie podmieniać karty, czy dodawać sobie ukradkiem punktów. Dzięki temu udowadnia sobie, że to inni gracze są frajerami, bo przecież wystarczyło złapać go na gorącym uczynku. Nie udało się? Wasza strata. No i popatrzmy na to jeszcze z tej strony: to przecież nie łatwa sztuka, a nawet prawdziwe wyzwanie, aby wyrolować kilka osób jednocześnie! Oszukiwanie w grach planszowych jest tym trudniejsze niż np. w przypadku grania na tablecie, bo nie wystarczy wpisać tylko kodu na maksymalną ilość złota i cieszyć się naszym rosnącym imperium. Nieee! Zawsze ktoś patrzy nam na ręce. A przynajmniej zazwyczaj gracze się starają być uważni, ale czasami są tak skoncentrowani na planowaniu własnej tury, że tracą kontakt z otoczeniem…

Oszukiwanie gry

Ludzie tak bardzo lubią oszukiwać się wzajemnie, że wymyślili rząd, by robił to za nich.

Terry PratchettZadziwiający Maurycy i jego uczone szczury

Aby ten punkt nie wydawał się nielogiczny, pędzę z wyjaśnieniami: chodzi ponownie o interpretowanie mechaniki albo wybaczanie sobie pewnych potknięć w grach kooperacyjnych. Np. “och, przecież pięć tur temu zapomnieliśmy dobrać sobie jedną kartę! Zróbmy to teraz, bo nasza sytuacja jest beznadziejna” lub “instrukcja nie mówi jasno, że NIE WOLNO nam wykonać takiej akcji, więc na potrzeby tej rozgrywki uznajmy, że wolno – to wygramy!”. I aby nie było za różowo, muszę przyznać, że takie zachowanie też mam niekiedy na sumieniu. Zwłaszcza, gdy rozgrywka staje się bardzo emocjonująca i po prostu nie chce się jej przerwać przez serię głupiego zamulania… Ale czy to uczciwe? No właśnie – nie. Bo przecież pamiętanie o dostępnych opcjach, to też część testowani naszej spostrzegawczości, zupełnie jakbyśmy rywalizowali z innymi graczami. Wydaje się jednak, że dla tej formy oszukiwania nasza planszówkowa społeczność ma znacznie więcej cierpliwości. Ba! Chyba każdemu z graczy zdarzyło się chociaż raz zaproponowanie, aby jednak skorzystać z takiego koła ratunkowego… Bo przecież gra nam nie zwróci uwagi, nie obrazi się, nie wytknie, że powinniśmy pilnować własnej tury. Ale czy można wtedy powiedzieć, że naprawdę zasłużyliśmy na zwycięstwo?

I tym sposobem docieramy do pytania: co z takimi graczami robić? Pewnie najłatwiej byłoby unikać jak ognia – w końcu po co mamy marnować czas na kogoś, kto nie ma dla nas na tyle szacunku, by stanąć do uczciwej rywalizacji. Edukować? Patrzeć cały czas na ręce, aby mu się znudziło i zrozumiał, że nic z tego? Wszystkie rozwiązania sprowadzają się tak naprawdę do naszych relacji z daną osobą. I od tego jak długo starczy nam cierpliwości…

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*