Recenzja 20#: Sea of Clouds / Morze Chmur

Arrr, Matey!

Wiecie co najbardziej podobało mi się w nowej wersji “Piratów z Karaibów”? Absolutnie nic! A to wymaga już od twórców niemałego talentu. Bo skoro formalnie lato wciąż trwa (w niektórych rejonach Polski aż nadto dotkliwie), no to człowiek wprost marzy o przygodach na bezkresnych wodach, poszukiwaniu skarbów i pirackich potyczkach. Niestety hollywoodzka produkcja po raz kolejny udowadnia, że nie jest warta beczki nieświeżych krewetek. Pozostają mi więc planszówki. Choć jeśli chodzi o piracką tematykę, wcale nie jest z nimi aż tak łatwo. Specjalnie dla Was udało mi się jednak wyszukać faworyta – jeśli tak jak ja chcieliście chociaż na moment poczuć klimat prawdziwej, morskiej przygody bez fizycznej potrzeby przebywania na plaży.

Tym razem czas na recenzje gry, która przyjechała z nami z Essen, chociaż swoją premierę miała już dość dawno temu. Nie od wczoraj jednak wiadomo, że odpowiednio ciekawe promosy mogą mnie przekonać do zakupu dowolnego tytułu – a tutaj były dostępne aż dwie nowe postaci! No to jak można było nie brać, pytam?

Zapraszam na spotkania przy planszy w “Sea of Clouds”!

Zawartość pudełka

…albo i nie, bo w przypadku tytułu, który chciałam Wam zaprezentować plansza to chyba zbyt doniosłe słowo. No to, w sumie, co my tam mamy? Ano jest solidny, pokryty lakierem tor, który pokazuje nam aktualną rundę, 65 monet, 4 plansze postaci z kapitalnymi ilustracjami piratów (albo 6, jeśli załapaliście się na 2 dodatkowe promosy), 2 drewniane znaczniki (tury i pierwszego gracza), notes do zapisywania punktów, talię 94 kart podzieloną na trzy rodzaje oraz… papugę. Nie sądziliście chyba, że udamy się w niebezpieczne rejony bez dzielnej Polly?

Elementy posiadają ładną oprawę graficzną, są solidne i – co najważniejsze – porządnie zapakowane w małe pudełko o klimatycznej okładce. Czego by o grach IELLO nie mówić, to zawsze cieszą oko, nawet jeśli mechanicznie potrafią niekiedy rozczarować.

Setup – czyli „czy mój stół to pomieści?”

Tym sposobem docieramy do pierwszej zalety i powodu dlaczego w ogóle zdecydowałam się zrecenzować dla Was “Sea of Clouds”. Ta gierka jest po prostu bardzo kompaktowa. Pomimo sporej ilości układania kart, sprawdza się na małych powierzchniach stołów, czy w miejscach, które nie zapewniają dużego komfortu do grania.

Dodatkowo jej przygotowanie przebiega błyskawicznie: tor ląduje na środku, każdy wybiera ulubionego pirata, wręczamy graczom startowo po 3 dublony i jeden szczęśliwiec zaczyna z Polly. Wreszcie, pod torem upływu czasu, układamy po jednej, zakrytej i losowej karcie. To będzie nasz łup. Cała zabawa w “Sea of Clouds” polega bowiem na umiejętnym łączeniu zdolności budowania kolekcji z kart z odrobiną hazardu. Jest więc tutaj sporo planowania, ale też zwykłego, pirackiego szczęścia. (Tego samego, które ewidentnie opuściło ekipę filmową).

Rozgrywka

(Karty łupów układamy według kategorii po odpowiedniej stronie naszej planszy – ikonki informują nas o tym).

Partia “Sea of Clouds” toczy się przez liczbę tur uzależnioną od ilości graczy. Uczestnicy wcielają się w rolę nieustraszonych, podniebnych (tak – kłamałam z tą plażą!) piratów, których celem jest zdobycie największego skarbu… albo po prostu – mówiąc brutalnie i mechanicznie – największej ilości punktów przed upływem ostatniej tury.

W trakcie swojej rundy aktywny gracz podgląda pierwszą kartę ze stosu “1” i decyduje czy chce zabrać łup, czy zostawić go na miejscu i podejrzeć stos “2”. Jeśli dalej nie jest zadowolony z zawartości “2”, może go również pominąć i podejrzeć “3”, a jeśli jest marudny szczurem lądowym i wciąż nie potrafi się zdecydować, to zostawia “3” i dociąga kartę z wierzchu talii dobierania. Oczywiście, nie można cofać swoich decyzji. Prawdziwi piraci tego nie robią. Skoro zatem nie zdecydowaliśmy się na zabranie któregoś z podglądanych łupów, nie możemy już do niego wrócić. Co więcej, musimy również do każdego niewybranego stosu dołożyć jedną, zakrytą kartę (do max. 3), przez co stos z pominiętymi łupami staje się atrakcyjniejszy dla następnych graczy.

Zapytacie zatem: po co w ogóle brać inny stos poza “1” i ułatwiać robotę konkurencji? Otóż dlatego, że karty w talii nie zawsze mają pozytywny efekt. Co więcej układają się w zestawy według konkretnego typu np. karty z załogą dodają nam siłę na czas potyczek, rum zapewnia dodatkowe punkty, jeśli mamy największą ilość danego typu alkoholu, magiczne skarby sprawiają, że czasami bardziej opłaca się kolekcjonować konkretny rodzaj kart itd. W talii są jednak również przedmioty przeklęte, takie które dają jednorazowy efekt, albo kompletnie bezwartościowe. I tu właśnie wkrada się element sprytnego zarządzania i budowania swojej kolekcji. Czy bardziej opłaca się nam iść w rum, w przedmioty dające dublony, a może zaryzykować i szukać muszli, które co prawda zabierają nam punkty, jeśli mamy tylko jedną albo dwie, ale gdy zbierzemy więcej niż trzy zapewniają naprawdę potężną przewagę nad przeciwnikami?

Prędzej czy później zawsze musimy się na coś zdecydować, a czasu naprawdę nie jest wiele, bo “Sea of Clouds” to bardzo dynamiczna i raczej krótka gra. Nie wszystkie karty są także jawne dla innych graczy. Te reprezentujące rum lub opatrzone „?”, układamy bowiem koszulkami do góry, by ich wartość pozostała tajemnicą dla przeciwników. Nigdy więc nie wiemy czego tak naprawdę się spodziewać i jak blisko jesteśmy wygranej.

Warto jeszcze wspomnieć o samych potyczkach. Starcia między piratami mają bowiem miejsca w określonych i oznaczonych na torze rundach, a przebiegają w bardzo prosty sposób. Każdy z graczy sumuje swoją siłę (tą z przedmiotów i zapewnioną przez karty załogi), po czym porównuje ją z siłą przeciwników po swojej lewej i prawej stronie. Zwycięstwo nad każdym z nich daje nam dostęp do jednej, unikalnej umiejętności, któregoś z członków naszej załogi. Zaraz potem wszystkie karty członków załogi są odrzucane. Czy to dlatego, że umarli, czy dlatego, że poszli na zasłużoną emeryturę – zostawiamy Waszej wyobraźni. W każdym razie tracimy ich bezpowrotnie, dlatego te dodatkowe tury walki trzeba odpowiednio zaplanować i przygotować się do nich, jeśli nie chcemy być stratni. Widzicie zatem, że decyzja jaki stos łupów-kart jest w danym momencie najbardziej wartościowy, wcale nie należy do łatwych!

Podsumowanie

“Sea of Clouds” to prosta i dynamiczna gra, w której nie ma wiele główkowania, sporo potrafi zależeć od szczęścia, ale jednocześnie daje dużo frajdy. Praktycznie nigdy nie jestem zbyt zmęczona, by w nią zagrać- co zdarza się przy bardziej mózgożernych tytułach. Jest też relatywnie krótka nawet przy komplecie osób. Powinniście zmieścić się w godzinie. Dlatego poza losowością – która może być uważana za wadę bądź nie – nie potrafię jej nic zarzucić, bo w okresie “wakacyjno-urlopowym” ląduje na naszym stole niebywale często. Choć jeszcze częściej bierzemy ją po prostu ze sobą do kawiarni.

(Czy ja już gdzieś nie widziałam tego plakatu…?)

Gra urzekła mnie dodatkowo poczuciem humoru. Pewnie zauważyliście na zdjęciach bezużyteczną kartę z małpim Profesorem – ale wierzcie mi, jak już pojawi się w grze, to każdy chce ją mieć! A wtedy naprawdę zaczynają się krwawe potyczki jak przy niejednym abordażu. “Sea of Clouds” robi coś takiego z człowiekiem, że nagle zamiast patrzeć na punkty chce po prostu bronić Polly za cenę własnego życia i gdy ma do wyboru nowy artefakt albo drewnianą nogę… wybiera to drugie.

Podsumowując, był to dla mnie wyjątkowo udany zakup przełamujący moją essenową klątwę. No ale festiwal się powoli zbliża, więc zdążę pewnie nadrobić z wtopami w tym roku.

(Na zakończenie chciałam jeszcze podziękować Między Pionkami za komentarz, który zmotywował mnie do napisania nowej recenzji 🙂 Pozdrawiam!).

Zalety:

  • Ciekawy mechanizm łączący kolekcjonowanie karty z elementami ryzyka
  • Klimat pirackiej przygody i poczucie humoru
  • Idealna do rozegrania nawet w obozowych warunkach

Minusy:

  • Czasami możemy nie wygrać z powodu zwyczajnego pecha
  • Słabo się skaluje przy mniejszej ilości graczy
  • Niszczy przyjaźnie graczy w “wojnie o małpę”.

Sharing

Facebooktwittergoogle_plusredditpinteresttumblr

2 Komentarze

    • Gra będzie miała niedługo polską edycję, więc pewnie pojawi się licznie w planszówko-kawiarniach i na konwentach – warto wtedy dać jej szanse i przetestować „w polu”, nawet jeśli niekoniecznie dodawać do kolekcji, skoro piraci to nie Twoje tematy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*